Nowy blog – zapraszam na Opiniosferę!

Jak wiadomo wszystkim Czytelnikom, blog.pl kończy działalność pod koniec stycznia 2018 r. Nie pozostaje nic innego, jak przenieść się w inne miejsce. Nike-bez-glowy było dzieckiem, z którego jestem bardzo dumna – było tutaj wielu Czytelników, rozpętały się dyskusje pod postami. Mimo iż nie publikuję regularnie, to chcę mieć swoje miejsce w sieci. Nowy blog dopiero raczkuje, więc minie chwila zanim nabierze kształtu, jaki chciałabym mu nadać. Zanim jednak klikniecie w poniższy link, chcę Wam bardzo podziękować za to, że byliście częścią tego miejsca przez ostatnich kilka lat. Jestem niezmiernie wdzięczna za czas poświęcony na czytanie moich tekstów, Waszą obecność i opinie. Jeśli wciąż będziecie ciekawi nowych postów, zapraszam wszystkich na OpinioSferę – opiniosfera.blogspot.com.

time-for-a-change-897441_1920

Okiem studenta prawa – co z tą glosą? 5 rad, jak dobrze pisać

Bardzo często na wydziałach prawa w Polsce organizowane są konkursy na glosę. Nie zawsze cieszą się one dużą popularnością, pojawia się pytanie, czy brać w nich udział, czy nie i, co najważniejsze, czy w ogóle warto glosować. Dzisiaj postaram się chociaż w minimalny sposób udzielić odpowiedzi na poniższe pytania.

Zacznijmy jednak od tego, czym w ogóle jest glosa. Otóż glosa jest to forma wypowiedzi prawniczej, w której odwołując się do tezy wyroku aprobuje się go (glosa aprobująca), krytykuje się (glosa krytyczna) albo wskazuje dobre i złe strony orzeczenia (glosa aprobująco-krytyczna). Najczęściej glosy są kierowane do prawników – mogą one wpływać na późniejsze linie orzecznicze sądów, są też pewnym dialogiem skupionym wokół bieżących problemów orzecznictwa.
Cały ten wstęp jest bardzo piękny, jednak pojawia się pytanie, gdzie w tym wszystkim jest student i jaka jest jego rola w tej całej machinie?

Generalnie rzecz biorąc rola studenta jest żadna. Jego glosa (o ile nie wygra konkursu) nie będzie nikogo interesowała, bo nikt nie będzie o niej słyszeć. Jeśli jednak student będzie glosował wyrok, a jego wypowiedź zostanie dostrzeżona na konkursach, ma szansę na ciekawe nagrody (chociaż to zależy już od organizatorów) i zdobycie doświadczenia. Nie ma oczywiście obowiązku pisania głos przez prawnika praktyka. Robią to ci, którzy są żywo zainteresowani tematem, być może nie tylko są praktykami, ale cieszą się też tytułem naukowym – wówczas z pewnością częściej wykorzystują swoje doświadczenia związane z pisaniem glosy niż inni. Oczywiście pisanie glosy przez studenta ma swoje plusy – jest to szansa na bliższe poznanie orzecznictwa (czego brakuje na studiach), poszerzenia wiedzy, nauczenia się argumentowania swoich racji (czego nikt nas nie nauczy). Jak jednak napisać glosę, aby była dobra?

Po pierwsze nie każdy wyrok jest warty glosy. Wynika to głównie z tego, że większość wyroków, które zapadają ma tę cechę, że jest dobra (tj. zgodna z prawem, poglądami większości doktryny, stanowiskiem Sądu Najwyższego i logiką). Glosować warto te wyroki, które są kontrowersyjne – gdzie znajdziemy zdanie odrębne, sprzeczność z dotychczasowymi stanowiskami SN. Z pewnością takie doświadczenie będzie trudniejsze, ale zarazem ciekawsze i bardziej rozwijające, niż stwierdzenie, że wyrok jest idealny.

Po drugie warto wiedzieć, jaką glosę chce się napisać, tj. w jakiej drużynie gramy. Czy faktycznie całkowicie zgadzamy się z wyrokiem, czy też całkowicie go krytykujemy? Czasami warto odpuścić pisanie glosy, zwłaszcza wtedy, gdy okaże się, że sami nie mamy na ten temat żadnego zdania albo, ze argumenty nie przeważają u nas za żadnym stanowiskiem. Glosa nie powinna być powtórzeniem tego, co jest w uzasadnieniu wyroku, więc warto wykazać się większą kreatywnością i stanowczością w wyrażaniu opinii.

Po trzecie wybierz konkretny problem, który Cię interesuje, nurtuje lub jest szczególnie ważny. Skup się na nim i dowiedz się, jak najwięcej możesz o jego źródłach, poszukaj opinii innych i znajdź jego genezę. Im więcej wiesz na ten temat, tym silniejsze są Twoje argumenty dla przeciwnika. Twoja wypowiedź jest wtedy bardziej spójna, lepiej uzasadniona, a zarazem ma szanse być bardziej doceniona przez odbiorców.

Po czwarte postaraj się, by Twoja wypowiedź była przemyślana i napisana w odpowiedniej formie. Nie można streszczać wyroku, choć należy się do niego odwołać, bo to nie streszczenie, a glosa. Nie powinna być też zbyt długa. Najczęściej spotykam się z wymogiem 10 stron maszynopisu.

Po piąte – aby dobrze napisać glosę trzeba czytać wyroki i czytać glosy innych. Wiem, że to nie jest odkrywcze, ale studia nie dają należytych podstaw do odpowiedniej wypowiedzi prawniczej, a jako taką należy traktować glosę. Zapoznawanie się w glosami innych, to nie tylko obserwacja stylu, ale także argumentów przeciwnika, które, przy odpowiednich zdolnościach glosującego, mogą być świetnie wykorzystane na jego korzyść. Poza tym, staraj się pisać ciekawie. Uważam, że prawnik naprawdę może, a nawet powinien ubierać sensowną treść w odpowiednią formę. Glosę powinno się móc czytać z zaciekawieniem i zainteresowaniem.

Nie wiem, czy jest przepis na dobrą glosę (to nie jest ciasto marchewkowe) ale na pewno jest kilka rad, czy wskazówek, które można udzielić piszącym. Powyższe zestawienie jest jednak tylko moją refleksją – nie mam bardzo rozbudowanego doświadczenia w glosowaniu wyroków, więc chętnie przeczytam w komentarzach rady osób bardziej w to zaangażowanych. Chętnie, jeśli będę oczywiście umiała, odpowiem na niektóre pytania. :)  

Okiem studenta prawa – kampania bilboardowa „Sprawiedliwe Sądy”

Zauważyliście, że najbardziej interesuje nas to, co jest złe, brutalne, wbrew wszelkiej moralności? To bardzo dokładnie można zaobserwować, gdy zastanowimy się nad zachowaniem Ministra Sprawiedliwości – Prokuratora Generalnego p. Zbigniewa Ziobry. W ciągu minionych wakacji i obecnie zabiera on często głos, deklaruje chęć osobistego przyjrzenia się pewnym sprawom, mówi dość głośno o swoich działaniach. Najczęściej jednak wszystkie te deklaracje dotyczą spraw, które z pewnością zbulwersują tłumy – zgwałcona Polka we Włoszech, zamordowana kobieta w Łodzi, znalezione ciało dziecka. Każdy człowiek, który nie jest psychopatą stwierdzi, że takie zachowania, jak gwałt czy morderstwo są po prostu nieludzkie i powinno się karać je jak najsurowiej. I właśnie wtedy pojawia się Minister Sprawiedliwości – Prokurator Generalny, który deklaruje chęć zmian w prawie karnym materialnym, dotyczących wysokości wymierzanych przez sądy kar. To działanie z pewnością bardzo poruszy opinię publiczną, a niejeden Kowalski klaśnie w dłonie ze wzruszeniem nad bardzo cwaną postawą polityka. Dlaczego cwaną? Bo już w kilka miesięcy później nikt o tym nie będzie pamiętał, nikt nie sprawdzi, czy faktycznie jakiekolwiek zmiany wdrożono, ale za to zostanie wrażenie, że ktoś chciał jakoś działać.

Niedawno ruszyła kampania „Sprawiedliwe Sądy”, która wywołała szereg kontrowersji. Dzisiaj skupię się tylko na jej merytorycznym wydźwięku, bo kwestia jej finansowania, mimo iż równie ważna, nie denerwuje mnie tak bardzo, jak jej płytkość.

Od wielu lat mówi się o potrzebach zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości. Jeśli wypowiadają się w tej kwestii teoretycy prawa oraz osoby na co dzień wykonujące pracę prawnika, to jestem w stanie przeanalizować ich propozycje, posłuchać i wyciągnąć rozsądne wnioski. Jeśli jednak głos zabierają osoby niemające wykształcenia prawniczego, jeśli jest to kolejna propaganda polityczna, to nie mam ochoty być skazaną na znoszenie efektów takich zagrywek.

Rzadko oglądam telewizję, ale ostatnio mam duże szczęście i trafiam w kółko na ten sam filmik, który wchodzi w skład kampanii społecznej „Sprawiedliwe Sądy”. Najpierw głos zabiera mężczyzna idący jakimś (chyba) garażem, który mówi nam o tym, że za kradzież batonika można pójść do więzienia, a immunitet sędziowski załatwia wszystko, a później młoda dziewczyna narzeka na to, że (tu cytat) „koledzy oceniają kolegów”, w wyniku czego sędziowie są nietykalni. I nic mnie tak nie oburza, jak fakt, że taka propaganda powstała i została opublikowana dla milionów ludzi.

Jeżeli chodzi o wypowiedź mężczyzny od batonika, to jest to po prostu skandal. Jak widać, ten ktoś nie wie, że jest coś takiego jak niska szkodliwość czynu. Przyjmuje się, że nie każdy czyn ma taką samą wagę – niektórzy dokonują bardziej poważnych przestępstw, inni dopuszczają się zaledwie występków. Może wydawać się to błahe, ale różnica między przestępstwem a występkiem jest naprawdę znacząca – wiąże się ona z wymiarem kary pozbawienia wolności. Wiem, że nasz przysłowiowy Kowalski dużej różnicy nie poczuje, dopóki sam takiego czynu się nie dopuści i nie zostaną mu przedstawione jakiekolwiek zarzuty, ale wydaje mi się, że taka kampania społeczna odniosłaby o wiele większy skutek, gdyby opisano w nich właśnie takie różnice, a nie wykorzystywano ją w celach propagandowych.

Immunitet sędziowski, to nie jest legitymacja dobra na wszystko. Sama instytucja immunitetu budziła duże kontrowersje – każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z dowolną procedurą zobaczył, że immunitet ma zupełnie inne cele, niż ochrona przed karalnością. Wyobraźcie sobie sprawę, na której sędzia rozstrzyga spór w którym jedną ze stron jest instytucja państwowa (np. ZUS). Gdyby sędzia nie był całkowicie niezależny, moglibyśmy mieć obawy, że wydany przez niego wyrok uwzględnia nie tylko stan faktyczny, ale i ewentualną troskę o swoją przyszłość. Gdy mamy pewność, że sędzia w wydawaniu wyroku jest niezależny, możemy liczyć na sprawiedliwy wyrok.

Poza tym, w mediach bardzo szumnie opisuje się wszelkie „wpadki” wymiaru sprawiedliwości. Bardzo dobrze sprzedają się historie, w których sędzia coś ukradł, wziął łapówkę, wydał (w opinii publicznej) za niski wyrok, a o wiele gorzej te, w których wyrok był zgodny z obowiązującym prawem, uwzględniający wszystkie okoliczności sprawy, co do którego nie można mieć zastrzeżeń. Mam wrażenie, że od kilku lat wzrosła intensywność publikowanych w mediach historii o łamaniu prawa przez prawników. Dotychczas spotkałam się tylko z jednym materiałem telewizyjnym opisującym w sposób pozytywny działanie pewnego sędziego. A to jest akurat kropla w morzu. Co do tych materiałów dotyczących jakichkolwiek uchybień w działaniach wymiaru sprawiedliwości nie chcę stwierdzić, że prawnicy są święci. Pewnie, że nie są. Czy są wśród nich łapówkarze? Niestety, pewnie się znajdą. Czy są wśród nich osoby dokonujące innych przestępstw, niezwiązanych z wykonywanym zawodem? Obawiam się, że tak. Przypuszczam, że podobnie jest w gronie lekarzy, inżynierów, artystów. W przypadku prawników podkreśla się to nie tylko dlatego, że powinni oni znać prawo, ale także dlatego, że należą do jednych z najbardziej znienawidzonych grup zawodowych w Polsce. Nie oszukujmy się, ale wkurza nas to, ponieważ zawsze liczymy na korzystny wyrok (a „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”), zawsze uważamy, że sędzia wymierzył złoczyńcy karę zbyt niską, że sam na pewno ma coś za uszami. Uderzanie w tę grupę zawodową świadczy tak naprawdę o działaniu na emocjach mas i wykorzystywaniu naprawdę olbrzymiej władzy polityków.

Wiem, że wydawanie wyroków zgodnie z obowiązującym prawem, po zapoznaniu się ze wszystkimi okolicznościami sprawy jest obowiązkiem sędziego. Nie zmienia to jednak faktu, że przy publikacji materiałów tak bardzo uderzających w tę grupę, brakuje im równowagi, w postaci publikacji, które pokazałyby, że rozdmuchiwane przez media skandale, to tak naprawdę szukanie czarnych owiec.

Od lat słyszy się o koniecznej reformie sądownictwa, ale nie zrobi się jej w taki sposób. Politycy coraz częściej mówią o zmianie konstytucji, o referendum w tej sprawie. Ja referendum popieram, ale niech Kowalski najpierw tę konstytucję przeczyta, zanim pójdzie głosować. Niech jego spojrzenia nie zaćmi 500+, niech politycy przedstawią mu projekt zmian, który przedstawi jak jest teraz (czyli jak brzmi przepis) i jakiej zmiany chcą dokonać. Takie działanie uznane byłoby za transparentne, czytelne dla każdego. Filmik puszczony w telewizji, który nie opiera się na żadnych konkretach, w którym nie padają żadne dane, liczby, porównania, konkretne przepisy i konkretne przykłady jest po prostu zakłamaniem i manipulowaniem opinią publiczną. I to jest dopiero afera.

Kampania „Sprawiedliwe Sądy” mogłaby osiągnąć o wiele lepszy rezultat, gdyby była inaczej przygotowana. Nie mówię, że nie potrzebujemy reformy, ale przygotowana w taki sposób rodzi tylko chaos i zamęt. No chyba, że właśnie o to chodzi. 

Romanse Danielle Steel – nieprzemijająca klasyka czy zwykły kicz?

Były sobie kiedyś piękne lata 90-te, których nie mogę pamiętać z racji wieku, a które rządziły się swoimi wyjątkowymi prawami. Były kobiety chcące ubierać się jak księżna Diana, były kobiety wzdychające do Hugh Granta i były kobiety zaczytujące się w romansach, których niekwestionowaną królową okrzyknięta została Danielle Steel. Chciałam sprawdzić, czy jej książki mają w sobie coś z dawnego uroku, co może w nich znaleźć współczesna kobieta oraz, czy są produktem bez terminu ważności?

Na potrzeby tekstu zapoznałam się z powieściami „Obietnica”, „Koniec lata” i „Dom Thursandów”.

Wydawać by się mogło, że klasyczna kombinacja ONA-ON-KTOŚ NISZCZĄCY MIŁOŚĆ jest tak oklepany, że nie da się z niego nic więcej wyciągnąć, a czytelnik za każdym razem może odczuwać tylko zawód z powodu podobnych konfiguracji. Romanse Steel miały być dowodem na to, że tak nie jest, a historie miłosne bohaterów miały być umiejscowione w taki sposób, by każdy mógł się z nimi utożsamić i zapragnąć przeżyć choć zbliżoną przygodę.

Po przeczytaniu tych książek mam wrażenie, że autorka za punkt honoru postawiła sobie, że jej bohaterki będą artystkami. Tak jakby nie mogły wykonywać zawodu prawnika, architekta, czy żołnierza. Ich świat to był świat fantazji, marzeń, piękna i sztuki, a świat twardych reguł to świat zarezerwowany tylko dla mężczyzn. A świat tych kobiet miał uzupełniać męską rzeczywistość.
Szkoda, że nigdy nie było odwrotnie – w żadnej z tych książek autorka nie próbowała wskazać, że ten świat kobiet-artystek może uzupełniać świat mężczyzn-pracoholików.

Bohaterki mają zazwyczaj zielone oczy, o czym do dziś pamięta moja Mama, mimo iż książki Steel miała ostatni raz w ręku przed moim narodzeniem. To chyba największy cios w twórczość jakiegokolwiek autora – że po przeczytaniu jego książki czytelnik jest w stanie zapamiętać tylko taką bzdurę, a nie jakąkolwiek fabułę.

Bohaterki są marzycielkami, a o wszystkich ich marzeniach skrupulatnie informuje mnie mówiący w trzeciej osobie liczby pojedynczej wszystkowiedzący narrator. To jest straszne – przecież mogłyby powiedzieć to same, pomyśleć. Brakuje mi w tych książkach pozostawienia pola dla bohaterki. Super, że Steel miała pomysł na powieść, czy emocje towarzyszące bohaterce, ale niech też do licha, pozwoli, by wybrzmiały autentycznie w ustach kogoś, z kim mam się utożsamić!

Wszystkie bohaterki spod pióra Danielle mają wąskie biodra – bez względu na to, czy jest matką trójki dzieci czy młodą panną na wydaniu. Przecież główną bohaterką romansu nie może być kobieta plus size, z cellulitem, obwisłym cycem, bo przecież nie taka jest idea romansu – romansują tak naprawdę piękni, młodzi i bogaci, a nie zwykli, szarzy i nijacy.

Mężczyźni w powieściach Steel są idealni – romantyczni, walczący o kobietę, wzruszający się razem z nią, zawsze są brunetami o ciemnej karnacji. Ten schemat jest już w pewnym momencie śmieszny, bo przecież mężczyźni idealni nie istnieją. Czy romans przestałby być romansem, gdyby męski bohater nie nosił koszul albo zostawiał skarpetki pod łóżkiem?

Nie chcę ujmować tym powieściom uroku, tym bardziej, że na pewno jest to klasyka gatunku. Jednocześnie nie mogę jednak ukrywać, że trąci od nich trochę upływem czasu. Wiem, że w romansach nie jest to najważniejsze, ale brakuje mi też trochę bardziej rozbudowanego tła – miałam już dość śledzenia kolorów tapet w pomieszczeniach, a chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o moich bohaterach, bardziej zaangażować się w ich losy. Dziwnie mi wiedzieć więcej o perskich dywanach, niż o ludziach, których historia miała mnie zainteresować. Szkoda.  

Okiem studenta prawa – praktyki zawodowe

Na każdym wydziale wygląda to zapewne inaczej, ale na pewno w trakcie edukacji studenci są zobowiązani do odbycia kilkutygodniowych praktyk zawodowych. Teoretycznie, podczas takich praktyk powinni być zapoznani z aktami, pisaniem pism, być może nawet brać udział w rozprawach. W praktyce wygląda to jednak troszkę inaczej, więc dzisiaj będzie o tym, jak wygląda, czy to dobrze, co zmienić i co o tym myśli student zaczynający za miesiąc IV rok.

Jako studentka muszę odbyć praktykę zawodową w wymiarze 3 tygodni. To nie jest dużo, ale wydaje mi się, że warto dokładnie przemyśleć swój wybór, dotyczący tego, gdzie chciałoby się zdobyć pierwsze doświadczenie zawodowe. Starałam się o praktykę w kancelariach (notarialnych, adwokackich i radcowskich) i muszę przyznać, że nie było zbyt wielu chętnych mecenasów, czy notariuszy, którzy chcieliby podczas wakacji opiekować się studentami i czegokolwiek ich uczyć. Najczęściej kończy się na standardowym „Oddzwonimy do Pani”. Nie ma co się dziwić – często osoby prowadzące swoje kancelarie mają już pod swoimi skrzydłami aplikantów i praktykant nie jest im do niczego potrzebny. Poza tym, wiele zależy od tego, czy są zainteresowani studentami, którzy już mają jakieś doświadczenie zawodowe, czy też są gotowi poświęcić troszkę czasu dla osobę, która dysponuje jedynie wiedzą książkową i kodeksową. Jeżeli będziecie szukać praktyki „z wolnej stopy” (rozumiem przez to samodzielne poszukiwanie, niekoniecznie w miejscach wskazanych przez uczelnie) musicie być przygotowani na szereg odmów. Niech was jednak odesłania do innych kancelarii nie zrażają, bo na pewno za którymś razem się uda.

Jeśli już udało nam się rozpocząć praktykę w wybranym przez siebie miejscu, każdy chce ją wycisnąć jak cytrynkę – nauczyć się jak najwięcej i liczyć na dobre zaświadczenie. Pisałam powyżej o tym, że w teorii praktyka ma na celu ukazanie stosowania prawa w praktyce, stawiania przed studentem konkretnych wyzwań i zadań, które sprzyjałyby rozwojowi studenta. W praktyce sprawa ma się troszkę inaczej – z racji tego, że nikt nie ma zbyt wiele czasu, by czegokolwiek uczyć, najczęściej student otrzymuje stertę akt dotyczących różnych spraw. Zapoznając się z nimi ma okazję zobaczyć, w jaki sposób powinny być napisane pisma, jakie dane należy w nich zawrzeć oraz, co chyba najważniejsze, z jakimi problemami osoby zainteresowane pomocą zgłaszają się do prawników. To niewątpliwie ciekawe doświadczenie i można z niego wiele wyciągnąć, jednak samo zapoznawanie się z aktami wiele nie uczy. Owszem, można poczytać gotowe pisma i argumentację stron, ale jednak dopiero z tych materiałów poznajemy stan faktyczny sprawy, na własną rękę należy poznać przepisy niektórych ustaw, znaleźć orzecznictwo i skupić się na interpretacji. Tego może nauczyć tylko wieloletnia praktyka w zawodzie, a nie kilkutygodniowa pomoc. Poza tym, student jest najczęściej pomocą biurową – odbiera telefony, załatwia wskazane przez przełożonych sprawy i tyle. To bardzo smutne, ale nie warto liczy na cokolwiek innego.

Czy to dobrze, że praktyki studenckie wyglądają właśnie tak, jak opisałam powyżej? Pewnie nie do końca. Chciałabym jednak, abyśmy dobrze się zrozumieli – uczelnia nie daje możliwości rozwijania umiejętności praktycznych: oznacza to, że student nie pisze pism, nie ćwiczy możliwości argumentacji, nie spotyka się z żadnymi aktami. Całe powyższe wyliczenie może być zrealizowane tylko, gdy odbywa się praktykę zawodową. Uważam, że to naprawdę bardzo dobrze, że można zetknąć się z nowymi problemami właśnie w takiej formie. Nie zapominajmy jednak o tym, że każdy medal ma dwie strony – to, że mamy możliwość dokonania pewnych rzeczy nie oznacza, że je zrobimy. Prawdopodobnie podczas takich praktyk, nie zostanie nam zlecone napisania jakiegokolwiek pisma, a nawet jeśli tak się stanie, być może nie będzie ono sprawdzone, a nam nikt nie powie o popełnionych błędach. Wówczas praktyki zawodowe nie mają żadnego sensu, bo ciężko wyciąga się wnioski, gdy nie wie się, co było źle, a co w porządku.

Kiedy zderzyłam się już z rzeczywistością, zaczęłam zastanawiać się, jak mogłyby wyglądać moje wymarzone praktyki. Cóż, chciałabym pisać więcej pism, które podlegałyby ocenie prawników. Chciałabym móc pójść do sądu na rozprawę i zobaczyć jej realny przebieg, który zapewne w niczym nie przypomina telewizyjnych show. 
Może wydać się to błahe, ale tak naprawdę bardzo brakuje tego podczas praktyk.

Poza tym, szkoda, że obowiązek odbycia praktyk jest na IV roku, gdy wybiera się specjalizację – to trochę za późno, być może są osoby niezdecydowane, które po sprawdzeniu swoich sił z problemami praktycznymi miałyby ułatwione zadanie.

A czy Wy macie już za sobą praktyki zawodowe? Czy macie podobne do moich odczucia?

Zacofanie w popkulturze – refleksje nad zjawiskiem połączone z wrażeniami po przeczytaniu Harry’ego Pottera po raz pierwszy po 20 latach po premierze. Najdłuższy tytuł i tekst w historii bloga

Tytuł bardzo rozbudowany, ale jakże wiele mówiący! Tak, jestem tym niespotykanym stworzeniem, które nie przeczytało przygód młodego czarodzieja w terminie, czyli wtedy, gdy większość dzieciaków marzyła o liście z Hogwartu i o własnej sowie. Pottermania w ogóle mnie nie interesowała, a każdą kolejną publikację z serii puentowałam słowami: „Taką bajkę ciężko nazwać książką”. Co dziwne, filmy obejrzałam i nie byłam dla nich taka ostra, jak dla ich źródła- były wręcz odprężającymi historiami na wieczór.

Tegoroczne wakacje są w takim razie wyjątkowe – po raz pierwszy przeczytałam przygody Harry’ego i chcę się z Wami podzielić moimi wrażeniami.

Zanim jednak nastąpi ten wyjątkowy moment, w którym dowiecie się, jak to jest przeczytać książkę, znając jej treść, a także co myśli 22 letnia osoba sięgająca po książkę dla młodzieży, omówimy sobie zjawisko zacofania z popkulturze.

Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale mam wrażenie, że współczesny świat w każdej dziedzinie rozwija się w niewyobrażalnym tempie. Co za tym idzie, ilość materiałów tworzących kulturę popularną jest zatrważająca. Piszę o tym, ponieważ wydaje mi się, że współczesny człowiek nie ma szansy być całkowicie na bieżąco z powstającymi dziełami. Jest trochę tak, że sami napędzamy rynek i doprowadzamy do tego, że nie mamy czasu bliżej przyjrzeć się temu, co na tym rynku się znalazło. Te wnioski skłoniły mnie do nazwania tej sytuacji mianem zacofania w popkulturze. Skutkuje to tym, że nie znamy dzieł nam współczesnych i często, aby je poznać, wracamy do tych, które kiedyś okryły się sławą. Z tego punktu widzenia, jestem zacofana w poznawaniu treści takiego bestsellera, jakim okazała się seria przygód Harry’ego.

Zanim sięgnęłam po książki o czarodziejach, byłam na książkowym kacu – siedziała we mnie bardzo mocno ostatnio przeczytana lektura i nie wyobrażałam sobie, abym mogła sięgnąć po reportaż lub inną powieść, która poruszałaby tematy egzystencjalne w sposób poważny. Poszukiwałam lekkiej i przyjemnej pozycji, która pozwoliłaby mi odreagować i, jednocześnie, wykorzystać czas na wolny na nadrobienie książkowych braków. Padło na Harry’ego Pottera. Pierwsze książki są prawdziwą bajką – opowieść o jedenastoletnim chłopcu pisana dla jego rówieśników. Nie miały one do zaoferowania nic ciekawego, oprócz „odmóżdżenia” – ucieczki w krainę fantazji, gwarantującą odpoczynek. Z książki na książkę powieść się rozwija – staje się mroczniejsza, a zarazem ciekawsza. Zmienia się też styl, w jakim pisze autorka, dzięki czemu książka dorasta wraz z czytelnikami.

Świat, który stworzyła J. K. Rowling jest na pewno wyjątkowy. Im bardziej jest oderwany od rzeczywistości, tym nabiera niepowtarzalnego charakteru i może fascynować. Ogólnie rzecz biorąc, nie poruszając tematu tak dobrze znanej większości społeczeństwa fabuły, książki, wpisując się w literaturę młodzieżową, naprawdę nie są w tym gatunku złe, ale nie wiem, czy poszłabym na tyle daleko by porównywać je do dzieł Tolkiena.

Mnogość postaci, z jaką mamy do czynienia w sadze brytyjskiej autorki jest chyba dla niej samej przekleństwem. Z jednej strony należy wprowadzić wiele imion i nazwisk – w końcu Hogwart to szkoła- nadać postaciom ich cechy charakterystyczne, ale tutaj zabrakło wyważenia: niektórzy bohaterowie są znani na wylot i mają bardzo rozbudowane tło, a inne są tak epizodyczne, że nie pamięta się nawet, że o ich wcześniejszym pojawieniu. Brak równowagi jest widoczny zresztą już od pierwszej części – z czterech domów czarodziejów liczą się tylko dwa. Prędzej czy później postacie, na które nie ma pomysłu autorka, zostają uśmiercone (w zasadzie nie rozumiem po co wprowadziła wątek Syriusza). Szkoda, bo ten świat mógłby nabrać więcej kolorytu, gdyby nie był gdzieniegdzie poprzecinany, jakby przy pomocy brzytwy.

Mam wrażenie, że nigdy nie polubię się ze Stephenem Kingiem – jego książki nie wzbudziły we mnie większych emocji, a zdania co do tego, że Dolores Umbrige jest najbardziej złym ze złych bohaterów, jakie widziała literatura nie podzielam. Uważam, że jest bardzo niewykorzystaną postacią, z której dałoby się wycisnąć więcej. Podoba mi się za to wątek Wesley’ów, świetne przedstawione relacje rodzinne, na kontrze do mieszkańców domu na Privet Drive.
Trochę szkoda, że Albus Dumbledore okazał się takim chujem wykorzystującym naiwność młodzieży, za to Severusa Snape’a kocham od części pierwszej i kochać nie przestanę. Na miejscu Harry’ego dałabym synowi na pierwsze imię Severus.

czara

Co do fabuły, to mimo iż klimat książki staje się coraz mroczniejszy, to nie mogę zrozumieć, dlaczego Voldi regularnie atakuje naszego biednego okularnika tuż przed wakacjami (czyżby zemsta za niespełnione marzenie zostania profesorem w Hogwarcie?). Poza tym, już wiele części temu mógłby zabić go jednym zaklęciem, ale kasa musi się zgadzać woli poczekać, aż dziecko nabierze dość mocy, aby stawić mu czoła jak równy z równym. Kochamy Voldiego.
Nie byłabym sobą, gdybym nie czepiała się dalej. W Hogwarcie obchodzi się Święta Bożego Narodzenia. I zrozumiałabym, gdyby chodziło o święta z Mikołajem reklamującym napój gazowany, ale kiedy czytam o tym, że Dumbledore śpiewa kolędy to zastanawiam się, w jaki sposób autorka chciała złączyć ze sobą świat czarodziejstwa Hogwartu i religii chrześcijańskiej, która magię jako taką krytykuje.
I na koniec – czy naprawdę autorka myślała, że nastolatkowie wiedzą, co to jest barwinek i suwak logarytmiczny?

Nie da się ukryć, że J.K.Rowling czerpała bardzo silną inspirację z wydarzeń XX wieku i umieściła je w swojej książce. Z punktu widzenia młodego czytelnika z pewnością jest to dobre, choć nie wiem, czy nie zrobiła tego w sposób za bardzo oczywisty. Brakuje możliwości domyślenia się – tak jakby świat, w którym umieściła powieść, był na tyle skomplikowany, że przez półsłówka stałby się niezrozumiały. Trochę szkoda.

A jak się czyta książki dla nastolatków, kiedy na karku ma się 22 lata? W kategorii „odmóżdżenia” czyta się je świetnie, choć dostrzega się o wiele więcej niuansów, na które nie zwróci uwagi młody czytelnik (patrz: piosenka o mieszaniu różdżką w kociołkach, do której w „Księciu Półkrwi” tańczą Państwo Wesley). Jest bardzo lekko i przyjemnie, mimo że cała seria to kilka tysięcy stron. Czy warto? Pewnie, że warto – to w końcu jedna z najbardziej dochodowych książek XX wieku, która zawojowała cały świat, przynosząc spory dochód przemysłowi wydawniczemu i filmowemu. Czy lepsza jest książka czy film? Zawsze książka – w filmie trochę pozmieniali i nie zawsze mi się podoba sposób, w jaki to zrobili. Czy poleciłabym ją każdemu? Zdecydowanie nie – to nie jest książka, dla osób, które nigdy nie myślały o niebieskich migdałach, ale przecież spróbować nie zaszkodzi.

PS: Poświęcę to post scriptum „Harry’emu Potterowi i przeklętemu dziecku”. Słabizna. Nie lubię formy dramatu, więc za to już miało -1 pkt. Poza tym, po przeczytaniu bogatej w szczegóły książki Rowling, ten dramat jest po prostu bardzo ubogi. Koncepcja powrotu do przeszłości też jest dość słaba, podobnie jak sposób w jaki się to przedstawia. Nie dziwię się, że zagorzali fani serii poczuli jakby ktoś na nich rzucił zaklęcie crucio. 

Grafika – moja ulubiona grafika z serii „Scary Potter” – „The Goblet of Fire”/ „Czara Ognia”, autorstwa Dylana Pierponta, dylanpierpont.com

Okiem studenta prawa – prawo na nowo?

Istnieje prawdopodobieństwo, że dzisiaj zostanę okrzyknięta największą przeciwniczką tekstów Andrzeja Tucholskiego. Nie jest to do końca prawda, ale nie ulega wątpliwości, że dzisiaj znowu wbiję mały kij w mrowisko, odnosząc się do wywiadu Pana Andrzeja z dr Piotrem Piesiewiczem, wykładowcą akademickim. Zachęcam przed lekturą do obejrzenia wywiadu KLIK, ale dla leniwych będę przytaczać niektóre argumenty prawnika.

Pierwszym poruszanym w rozmowie problemem była zmiana sposobu nauczania prawa. Wykładowca akademicki często wspominał o tym, że obecnie są duże braki w wykształceniu prawniczym, a studenci w trakcie studiów nie nabywają prawniczych umiejętności. Zwrócił uwagę na to, że należy studenta zmuszać do rozwiązania problemów i wykorzystywania wiedzy bardziej praktycznie.

A teraz coś ode mnie na ten temat. Nie wiem, jak jest na innych wydziałach, ja mogę tylko opowiedzieć troszkę o swoim. Jasne, że niewiele jest miejsca na naukę umiejętności prawniczych. Wynika to przede wszystkim z tego, że nie tego wymaga się od studenta na egzaminie. Wykładowcy najczęściej oczekują, że student przedstawi im swoją wiedzę merytoryczną, której zazwyczaj jest tak dużo do opanowania, że nie mogą w trakcie zajęć rozdrabniać się na naukę praktycznych zdolności. Nie mówię, że takie rozwiązanie jest dobre – pewnie, że powinno się poświęcać miejsce dla nauki pisania pism, dla rozwijania sztuki wypowiadania się – ale na dzień dzisiejszy, biorąc pod uwagę sposób, w jaki ukształtowano program studiów, nie wyobrażam sobie realizacji tych postulatów w praktyce.

W wywiadzie omówiono także wyzwania, z jakimi wiąże się takie podejście do kwestii studiów prawniczych. Pierwszym z nich miałaby być zmiana postawy studenta, który ochoczo przyjmowałby wyzwania na klatę, a student miałby sobie dać z nimi radę.

Cóż, nikt, powtórzę NIKT nie zagwarantuje studentom tego, że po ukończeniu jakiegokolwiek kierunku dadzą sobie radę. NIKT nie zagwarantuje, że zmiana sposobu nauczania w jakikolwiek sposób wpłynie na zachowanie studentów i będzie miało odzwierciedlenie w jego późniejszej karierze zawodowej. NIKT.

Drugim wyzwaniem jest zmiana myślenia wykładowców o nauczaniu. Miałaby ona polegać na tym, ze wymagamy więcej od wykładowcy – jego zaangażowania, uczenia przedmiotów bardziej od strony praktycznej. Co więcej, rozmówca Andrzeja Tucholskiego stwierdził, że słaby absolwent wydziały prawa nie będzie godnie reprezentował wydziały, a przecież jest reprezentantem wydziały, więc na barkach uczelni spoczywa misja społeczna.

Większej bzdury nie słyszałam dawno. Po pierwsze – niewielu wykładowców opowiada o stosowaniu prawa w praktyce. Wynika to z kilku czynników: część nauczycieli akademickich to tylko teoretycy, a więc wiedzą o praktyce tylko tyle, ile wynika z orzeczeń. Nawet przy największych chęciach, nie będą oni w stanie opowiedzieć o niej studentom, bo jej po prostu nie znają. Poza tym, jeżeli już znajdzie się w gronie wykładowców praktyk, to nie będzie chętnie opowiadał o tym, w jaki sposób wygrywa sprawy, bo studenci są dla niego konkurencją na rynku pracy. Przykro, że adwokat tego nie zauważa.

Po drugie – nie ma żadnej misji społecznej. Nikt nie wczuwa się w to, w jaki sposób będą sobie radzić absolwenci. Zainteresowanie uczelni kończy się wtedy, gdy zdobywa już informacje o wynikach egzaminów na aplikacje.

lady-justice-2388500_1920

Wspomniano także o odwoływaniu się do tradycji uniwersytetów uczących prawa w systemie common law. Warto przypomnieć, ze chodzi tutaj o prawo w krajach anglosaskich, gdzie nie ma regulacji odpowiadających naszym kodeksom, a sądownictwo bazuje na orzeczeniach sądów. To jest zupełnie inny sposób uczenia, bo to zupełnie inny system. Stwierdzenie, że ktoś bierze rozwiązania z common law i stosuje do nauczania prawa w Polsce, to jakby powiedzieć, że skoro środek odporny na mróz działa podczas zimy w Polsce, to na pewno zadziała na kole podbiegunowym.

Rozmowa Tucholskiego się rozkręciła, gdy padło pytanie o osoby, które studiują prawo przypadkiem. STUDIUJĄ PRAWO PRZYPADKIEM. Jakim cudem? Potknęli się i przypadkiem zarejestrowali na prawo? Wyjaśnijmy sobie coś – nikt nie studiuje żadnego kierunku przypadkiem. Są osoby, które wahają się czy to właściwy kierunek. Są osoby, które po zderzeniu z wyzwaniami studiów chcą je zmienić. Ale NIKT NIE STUDIUJE PRZYPADKIEM. I nie mówię tutaj tylko o prawie, bo odnosi się to do wszystkich kierunków.

Na uczelni, którą reprezentuje dr Piesiewicz, oprócz przedmiotów niezbędnych do otrzymania tytułu magistra prawa naucza się także przedmiotów poza prawniczych, jak:

  • zarządzania projektami (jakimi projektami zarządza prawnik?),
  • podstawy działalności gospodarczej (są, tylko w inny sposób nazywane),
  • etykieta i netykieta (tego naprawdę trzeba nauczać?),
  • obsługa komputerowa skupiona wokół programów prawniczych (jest informatyka, a podczas rozmowy nie pada żaden przykład takiego programu, co więcej, te które znam, mają podobny poziom trudności do obsługi wyszukiwarki internetowej).

Pojawiła się także informacja o warsztatach, na których studenci mają się uczyć pisania prac prawniczych. Nie mam pojęcia, co to są prace prawnicze, ale jeśli ktoś się dowie, to niech da znać w komentarzu.

A teraz złote myśli prawnika:
„Prawo jest takie, jacy my jesteśmy”
„Prawo jest spóźnionym refleksem rzeczywistości”

Nie są one zbyt głębokie i nie są wyjątkowe. Miały być radami dla przyszłych studentów, a stały się tylko aforyzmami dr Piesiewicza.

To wcale nie jest prawo na nowo, tylko ogólniki, z których większość nie może być zrealizowana w praktyce bez gruntowanej reformy wymogów programowych. Za takie prawo na nowo, ja dziękuję.  

15 książkowych faktów o mnie

Na blogu pojawiły się już informacje dotyczące tego, co lubię w filmach, czego oczekuje od nich oczekuje i w jaki sposób podchodzę do szeroko rozumianej kinematografii, więc pora na kilka książkowych faktów o mnie. Być może jesteśmy podobni? 

  1. Mam na półkach zbyt wiele książek historycznych
    Naprawdę. Wynika to głównie z tego, że przez kilka lat bardzo interesowałam się historią i na takie książki polowałam, a dzisiaj kurzą się i stają się coraz cięższe. Nie mam jednak serca cokolwiek z nimi zrobić, więc piętrzą się przyprawiając mnie regularnie o ból pleców.
  2. Nie mam ulubionego autora
    Nigdy nie czytałam książek z tego powodu, że napisał je określony człowiek. Starałam się bardziej dobierać je tematycznie i według tego, co mnie interesowało. Jeśli spodobała mi się jedna z książek, zdarzało mi się sięgnąć po kolejną, ale jeśli nie, to nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. 
  3. Nigdy nie przeczytałam Harlequina
    Wiem, że swego czasu były bardzo popularne, poza tym, to gatunek który nigdy nie utraci znacząco na popularności. Historie proste, lekkie i przyjemne dla mnie okazały się na tyle lekkie, że nie mogłam przez nie przebrnąć – szalenie mnie nudziły, więc odstawiałam je najczęściej po przeczytaniu kilku zdań. 
  4. Nie lubię J.L.Wiśniewskiego
    Jeśli miałabym wskazać jakiegokolwiek autora, którego książek nie lubię i staram się omijać szerokim łukiem, to byłby własnie on. Nie mam z nim żadnych prywatnych zatargów, nic mi w życiu nie zrobił, ale nie lubię kreowanych przez niego bohaterek. 
  5. Wącham książki
    Lubię zapach książek – jest dla mnie wyjątkowy, a nowe wydania pachną rewelacyjnie! Wiem, że to nie jest do końca zdrowy objaw, ale trudno, tak już mam. 
  6. Nie znoszę zaginania kartek książki podczas czytania
    Ludzie, od tego jest zakładka! Nie wyobrażam sobie gniecenia okładek, zaginania kartek… Dla mnie to niszczenie rzeczy – dlaczego miałabym niszczyć książkę? 
  7. Nigdy nie podkreślam treści czytanej książki
    Robię tak tylko w podręcznikach, gdy się uczę. Nigdy w treści innej książki fabularnej. Ponownie jest to dla mnie niszczenie rzeczy i, jeśli nie uczę się z niej, nie widzę powodu, dla którego miałabym podkreślać jej treść.


  8. Nie zwracam uwagi na nazwisko tłumacza
    Jasne, często narzekam później na treść, ale mimo to nigdy nie interesowałam się tym, kto przetłumaczył książkę. Przepraszam w tym miejscu wszystkich tłumaczy, którzy umożliwiają mi zapoznanie się z książką określonej treści i którzy są regularnie przeze mnie pomijani. 
  9. Mam duże trudności z pozbyciem się książek
    I właśnie dlatego tak piętrzą się bezlitośnie i nie dają o sobie zapomnieć. Ciężko mi się sprzedaje książki, a innej drogi tego pozbycia się ich nie wyobrażam sobie – chciałabym, by znalazły nowego właściciela. 
  10. Lubię literaturę rosyjską
    Trudno mi wyjaśnić dlaczego, ale czyta mi się rosyjskich autorów bardzo dobrze. Z pewnością jest w tym duża zasługa pomijanych przeze mnie tłumaczy, ale także opisywane historie są bardzo barwne, plastyczne. Polecam wszystkim.
  11. Coraz częściej sięgam po książki dotyczące byłej Jugosławii
    Bardzo zaciekawił mnie ten temat i staram się śledzić nowości, które w tym zakresie się pojawiają. Zaczęło się od „Pamięci kości” C.KOFF, a później już z górki. Niesamowite historie!
  12. Rzadko sięgam po książki podróżnicze
    Nie podróżuję i nie umiem się utożsamić. Poza tym zżera mnie zazdrość, gdy czytam o przygodach, o których sama mogę tylko pomarzyć. 
  13. Lubię czytać leżąc
    Wiem, że to może dziwne, ale siedzenie na krześle kojarzy mi się z analizą materiału na zajęciach i nie ma w sobie wiele z przyjemności zapoznawania się z treścią książki. Leżenie to relaks, więc i lekturę czyta się o wiele przyjemniej.
  14. Nie lubię książek wydanych w kilku tomach
    Przeraża mnie wtedy objętość książki. Niestety, najczęściej jest tak, że książka o tak olbrzymiej objętości, mogłaby być wydana o wiele mniejszym nakładem papieru, a zawierałaby dokładnie taką samą treść. Unikam jak ognia, dla spokojności ducha. 
  15. Nigdy nie kupię książki autorstwa celebryty
    Jeśli będę chciała schudnąć, to pójdę do dietetyka i nie jest mi do tego potrzebna rada osoby niekompetentnej po to, by jeszcze na tym zarobiła. Szkoda kasy i czasu, a ten jest ważniejszy, bo bezcenny. 

Jeśli macie podobne wrażenia lub zupełnie inne, dajcie z nać w komentarzach. Pozdrawiam wakacyjnie :) 

15 filmowych faktów o mnie

Nigdy na blogu nie pojawiła się żadna podobna lista. To w sumie smutne, że moi Czytelnicy, którzy (zwłaszcza ostatnio, za co dziękuję!) bardzo aktywnie włączyli się do komentowania pojawiających się postów niewiele o mnie wiedzą. Dzisiaj uchylę rąbka tajemnicy i przedstawię Wam 15 filmowych faktów o mnie – może jesteśmy podobni? ;)

  1. Nie oglądam komedii
    Serio. Po prostu mam specyficzne poczucie humoru i niewiele filmów próbujących być komediami mnie bawi. Niestety najczęściej wymagam od twórców, by ten humor był na jakimś poziomie i nie mam tu na myśli poziomu rzecznego mułu. To spore utrudnienie, więc komedii raczej nie oglądam.
  2. Nie lubię „mrocznych” filmów
    Cóż to znaczy? Nie oglądam filmów, w których są jakieś krwawe sceny, nie lubię horrorów (uważam, że oglądanie filmu po to, aby się bać – bo chyba po to ogląda się horrory – jest dla mnie irracjonalne), ale tutaj chodzi mi także o filmy utrzymane w takiej ponurej stylistyce. To nie jest kino dla mnie. 
  3. Nie chodzę do kina
    Ale o tym już wiecie, a jeśli nie, to możecie się dowiedzieć w tym wpisie
  4. Wolę książkę niż film
    Wynika to przede wszystkim dlatego, że lubię, kiedy pracuje moja wyobraźnia – nie chcę dostawać gotowego materiału, który jest wizją twórcy, ale niekoniecznie musi być moją.
    popcorn-1433327_1280
  5. Wolę film niż serial
    Nie lubię seriali. Dla mnie film ma wyższą wartość przedstawiając określoną historię w pewnej zamkniętej formie. W przypadku serialu prędzej czy później pojawiają się bezsensowne wątki i beznamiętni bohaterowie.
  6. Lubię musicale
    O ile oczywiście są to dobre musicale. Uwielbiam „Deszczową piosenkę”, próbuje namówić A. na „Skrzypka na dachu”. Lubię, kiedy w filmie mamy nie tylko muzykę, ale kiedy przede wszystkim jest fabuła, problem. Zawsze warstwa muzyczna jest uzupełnieniem  fabuły, a nie jej zamiennikiem.
  7. Uwielbiam komentować poszczególne sceny w filmach
    Można mnie za to lubić lub nie, ale często oglądając filmy na kanapie zatrzymuje pokaz i komentuję scenę, zachowanie bohaterów, wygląd itp. Może macie rację myśląc: „Serio? Wariatka!”, ale podziękujcie mi, że w takim wypadku nie chadzam do kin. ;)
  8. Trudno namówić mnie na nowy film
    O czym zdecydowanie może przekonać się A. Musi mnie zachęcić fabuła albo nagrody przyznane produkcji. W innym wypadku naprawdę trzeba długo chodzić, prosić i namawiać. Czasami się opłaca. 
  9. Lubię komedie romantyczne
    Pod warunkiem, że są śmieszne. Nie lubię oczywistego humoru, stawiam zdecydowanie bardziej na sarkazm i ironię w przekazie. Nie skłamię, jeśli powiem, że to wina mojej mamy.
    movie-918655_1280
  10. Wzruszam się na filmach
    Nie musi być to „Król Lew”, ani inna łzotwórcza produkcja. Czasami po prostu ryczę jak bóbr, dorabiając producentów chusteczek higienicznych. Nie wcześniej wspomnianej rodzicielki i nie płaczę jeszcze na „Teleexpresie” – na razie chyba wszystko ok. 
  11. Nie mam ulubionych aktorów
    Rzadko interesuje mnie kto gra w danym filmie, najczęściej albo ciekawi mnie opis albo nie. 
  12. Bardzo lubię filmy animowane
    Wychowałam się na Disney’u, więc ten punkt nie powinien nikogo dziwić. Śledzę nowe produkcje, szukam filmów z innych krajów, ciekawią mnie opinie innych. Miłość do animacji jest wiecznie żywa i nigdy nie umiera. Po prostu. 
  13. Uwielbiam jeść popcorn podczas oglądania filmu
    To już nie jest wina mojej mamy, a A. I film bez popcornu jest dla mnie jak cukiernia bez ciastek – przestaje istnieć. I inne zamienniki nie wchodzą w grę: czekolady są niedobre, ciastka za słodkie, a chipsy nie są „TYM SMAKIEM”. Czy to uzależnienie? 
  14. Nie mam ulubionych reżyserów
    Nie patrzę na to, kto nakręcił film, jak dla mnie mógłby to być Jan Kowalski. Oceniam produkt, który mnie interesuje, a nie jego twórcę. 
  15. Nie lubię oglądać kontynuacji filmów
    Przede wszystkim dlatego, że najczęściej są słabsze od pierwszych części. A także dlatego, że wymagają znajomości pierwotnego filmu. To duże utrudnienie, bo zabiera mi sporą część produkcji, a nie zawsze mam ochotę odgrzebywać dawne produkcje.

To tyle o mnie, kolej na Was. Jakie są Wasze filmowe przyzwyczajenia? :)

Kiedy książka staje się arcydziełem?

Warto wyjaśnić skąd w ogóle taki temat – otóż moje książkowe poszukiwania lektury lżejszej od ostatnio przeczytanego reportażu doprowadziły mnie do domowej półki, gdzie znalazłam „Klub Pickwicka”, wydany w latach 70. przez PIW w serii Biblioteka Arcydzieł.

Co i kto decyduje o tym, że daną książkę uznamy (lub nie) za arcydzieło? Cóż, wpływ na to mają z pewnością czytelnicy, ale mam wątpliwości co do tego, o których czytelników dokładnie chodzi. Istnieje grupa krytyków literackich, polonistów, twórców-czytelników, czytelników, a więc ludzi ściśle związanych ze światem literatury. Czy którakolwiek z tych grup ma przewagę nad innymi?

Z pewnością dużą rolę odrywają krytycy literaccy. To w końcu ludzie, którzy niejedną książkę mieli w ręku, bardzo często są to wykładowcy akademiccy, którzy nabywszy określoną wiedzę dzielą się nią z innymi, pozbawionymi wykształcenia w tej dziedzinie. Bardzo cenię sobie opinię krytyków, często zaglądam na ich blogi. Z wpisów niektórych blogerów wypływa olbrzymia wiedza, szacunek dla słowa, a przede wszystkim zachęcenia do czytania. Wkładają oni w internetową rzeczywistość mnóstwo informacji o literaturze.
Nie da się jednak ukryć, że niektóre książki bardzo żywo przyjęte przez krytykę rodzą sporo niechęci wśród czytelników (przykładem z ostatnich miesięcy jest chociażby „Akuszerka”). Z powyższego wynika, że z pewnością krytycy nie mogą być decydentem w kwestii uznania literatury za arcydzieło.

still-life-1037378_1920

Co z samymi twórcami? W internecie znane są akcje, w których blogerzy polecają blogerów, pokazują kogo czytają, za co ich cenią. Czy taka sama akcja miałaby rację bytu w świecie literatury? I tak i nie. Autorzy z pewnością wiedzą, czego oni sami poszukują w literaturze, ale skoro to wiedzą, to tworzą w taki sposób, by właśnie to ich czytelnik znalazł w ich dziełach. Z drugiej strony pojawia się na pewno spora rywalizacja między pisarzami, więc i wybór powieści polecanych i krytykowanych może być po prostu wynikiem marketingowych kalkulacji, a niekoniecznie szczerości osoby, która nie tylko tworzy, ale i czyta innych twórców.

Czytelnicy często rozmijają się z koncepcjami krytyków i to, co w ocenie jednych uchodzi za bardzo dobrą literaturę, według drugiej grupy będzie chłamem. Nie ma w tym nic złego, bo w końcu ile ludzi, tyle poglądów, ale jak w takim razie dojść do porozumienia w tej tematyce?

Wydaje mi się, że złoty środek potrzebny jest od zaraz i będzie nim wypadkowa wszystkich tych opinii. Pewne jest, że opinia każdej z wyżej wymienionych i szerzej opisanych grup jest wyłącznie subiektywna – nikt nie oceni książki według obiektywnych kryteriów, po prostu jedno nam się podoba, drugie nie, ale powody, dla których tak twierdzimy są równie indywidualne, jak autorzy tych poglądów.

No dobrze, w takim razie gdzie są te arcydzieła? Niestety, czasami przypisuje się takie pojęcie książkom, które wysłużyły już swoje na półkach, kurzą się odpowiednią ilość czasu i nagle mamy „arcydzieło”. Raz na jakiś czas w mediach pojawia się informacja: „Arcydzieło (…) książka wybitna (…), nie możesz jej przegapić (…)”. Najczęściej oznacza to, że książka jest co najmniej słaba, a takie akcje to zwykłe obliczenia matematyczne, które niewiele mają wspólnego z literaturą. To bardzo smutne, bo ani postawa „na historyka” (czytaj książki epok minionych), ani na „łowcę współczesnych okazji w księgarniach” nie są dobre. Przez to zalewa nas masa czegoś, co ciężko określić mianem powieści, a bardziej wytworu ludzkiej wyobraźni, które powinna oglądać tylko szuflada w biurku autora. To smutne wnioski, ale coraz trudniej jest mi znaleźć inne podsumowanie obecnego podejścia do literatury. I, coraz częściej, zastanawiam się, dlaczego jest nam tak łatwo szastać niektórymi pojęciami i gdzie są te arcydzieła?